Jawne zarobki – jawny absurd

Polska jest w chlubnej czołówce unijnych krajów, w których różnica między płacą kobiet a mężczyzn jest najmniejsza. Zajmujemy piąte miejsce, wyższe niż Niemcy, Wielka Brytania i Szwecja. Znamienne, że zmniejszenie różnicy wynagrodzeń nie odbyło się dzięki specjalnemu ustawodawstwu, a po prostu dzięki wolnemu rynkowi. Z jakiego zatem powodu grupa posłów chce takiej specustawy właśnie w Polsce?

Krzysztof Przybył

prezes Fundacji Polskiego Godła Promocyjnego, organizator konkursu Teraz Polska

Grupa parlamentarzystów Koalicji Obywatelskiej zgłosiła do laski marszałkowskiej projekt ustawy „Jawne zarobki”. Ma ona przesunąć Polskę z piątego miejsca w górę wspomnianego rankingu. Projekt jest klasycznym dowodem tego, że w gronie osób publicznych wciąż panuje dziecięco-naiwna wiara w sprawczą moc ustaw. W czasie Rewolucji Francuskiej, kiedy zadekretowano dziesięciodniowy tydzień, doszło do słynnego buntu koni. Zwierzęta, przyzwyczajone do sześciu dni harówki i dnia odpoczynku nie chciały dostosować się do postępowych zmian. Przedsiębiorcy końmi nie są, ale tym niemniej (a raczej, tym bardziej) mogą zbuntować się przeciwko nierozsądnym regulacjom.

Na absurd proponowanej ścieżki dojścia do szlachetnego celu zwrócił uwagę w ogłoszonej analizie Instytut Staszica. Mianowicie powszechną równość płac projektodawcy chcą osiągnąć dzięki przymusowi podawania wysokości zarobków w ofertach pracy. Kto uchybi nakazowi, zapłaci sporą grzywnę. Pomysłodawcom chodzi o to, że jeśli pracodawca zaproponuje w ofercie np. 4000 zł brutto, to nie będzie mógł zaproponować płacy niższej tylko dlatego, że o posadę zabiega kobieta.

Każdy pomysł ustawowej regulacji powinien mieć jakieś merytoryczne podstawy. Jestem ciekawy, czy inicjatorzy „Jawnych zarobków” dysponują badaniami, które uzasadniałyby tezę, że proponowane wynagrodzenie zależy od płci? Z ręką na sercu: nie znam żadnego przedsiębiorcy, który by w taki sposób podchodził do sprawy. Dla odpowiedzialnego pracodawcy ma znaczenie doświadczenie, wiedza, dyspozycyjność i sporo innych czynników. Płeć jest tu na szarym końcu, chyba, że chodzi o pracę, która wymaga sporej fizycznej siły.

Co ciekawe, projekt wskazuje również wyjście dla tych, którzy jednak chcieliby spróbować dyskryminować kobiety. Otóż możliwe będzie podawanie zarobków w widełkach. Czyli – jeśli ktoś będzie upartym mizoginem – może w ofercie zaproponować zarobki między 3500 a 4500 zł brutto, a potem z nienawistną rozkoszą zaproponować zgłaszającej się pani wynagrodzenie w dolnej granicy. Obawiam się jednak, że tacy pracodawcy istnieją tylko w wyobraźni autorów projektu.

Eksperci Instytutu Staszica zwrócili uwagę na jeszcze jeden ważny aspekt chybionego rozwiązania. Wysokość zarobków to informacja poufna – a wyjątki dotyczące niektórych osób publicznych reguluje ustawa. Jeżeli stanie się ona częścią oferty pracy, to w przypadku wielu osób przestanie być informacją poufną. Tego autorzy nie przemyśleli.

Na koniec wisienka na tym torcie: posłowie powołują się na Wielką Brytanię, gdzie umieszczanie wysokości zarobków w ofertach zatrudnienia jest ponoć standardem. Zwyczajowym, nie wymuszanym groźbą kar, ale to szczegół. Tymczasem wg danych Komisji Europejskiej Wielka Brytania jest dopiero na 25. miejscu pod względem równości zarobków, a różnica między płacą kobiet i mężczyzn wynosi 20,8%, czyli trzy razy więcej, niż w Polsce.

Szanowni Państwo – życzę wszystkim, by w Nowym Roku 2020 aktywność legislacyjna naszych posłów, ministrów i innych dostojników ograniczyła się do tego, co naprawdę potrzebne. By przedsiębiorcy przestali być obiektem eksperymentów, za których skutki sami muszą płacić. A przede wszystkim, by najpierw rozmawiano z nimi, a potem dopiero przygotowywano zmiany w prawie, które ich dotyczą.

Centrum Informacji źródło: Natemat.pl 31.12.2019

Related Post